PlayStation Portable – wciąz warto kupić

psp

Mała wersja dużej konsoli Sony ma już sześć lat. W naszej branży to tysiące lat świetlnych, ale mimo to PSP nadal nie traci na zabawie płynącej z grania – głównie za sprawą słabej konkurencji, ale nie ujmujmy też niczego twórcom konsoli.

Kiedy to “małe czarne pudełeczko”, tak została ochrzczona ta konsola przez pewnego pana w późno średnim wieku, ukazała się na rynku, była czymś, co można nazwać kombajnem multimedialnym. Wtedy filmy na telefonach komórkowych oglądali nieliczni, a pojęcie tabletu było mało znane (jeśli w ogóle wtedy istniało). Na PSP można było oglądać filmy w całkiem niezłej jakości, słuchać muzyki, przeglądać zdjęcia, a w późniejszym czasie nawet używać Skype’a, co oczywiście łączy się z możliwością przeglądania stron internetowych.

Na jednej z ostatnich konferencji Sony oświadczyło, że niedługo na sklepowych półkach wyląduje nowa, troszkę uboższa wersja czarnulka pod kryptonimem E1000. Wersja ta będzie pozbawiona bezprzewodowego połączenia z Internetem, oprócz tego zostanie tylko jeden głośnik, ale zawsze jest alternatywa w postaci wejścia słuchawkowego. Ciekawą sprawą jest to, że wygląd PlayStation Portable został lekko odświeżony i muszę przyznać, że na zdjęciach wygląda… ładnie. Cena wersji okrojonej będzie wynosić 99$, co wydaje się dość rozsądną relacją cena – jakość. Tyle na temat nowości. Teraz rodzi się pytanie, czy jeśli nie miałem PSP to czy warto kupić je teraz? Odpowiedź brzmi tak, ale żeby nie rzucać pustych słów, pozwolę sobie poprzeć je odpowiednimi argumentami.

Po pierwsze, tak jak powiedziałem to kombajn multimedialny. Słuchanie muzyki, oglądanie filmów (można podłączyć do telewizora), przeglądanie zdjęć, jeśli ktoś zdecyduje się na modele GO! lub starszy – to i dostęp do Internetu poprzez hotspot ma zapewniony. Jednak nie tym PSP miało stać, tylko grami, a tych było sporo. Przedstawiam wam przegląd najciekawszych, najbardziej wciągających, ogólnie – najlepszych produkcji, jakie ukazały się na PlayStation Portable moim zdaniem. Jednak najpierw moje spostrzeżenie na temat polityki wydawniczej.

Lwia część produkcji, o których zaraz opowiem, jest przeniesieniem tytułów z dużej czarnulki. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, bo są one dobre, a czasami nawet genialne.  Mimo to widać, że twórcom gier, jak i samemu Sony, brakowało pomysłów, jak wykorzystać spory potencjał drzemiący w przenośnym graniu. Brakowało czegoś, co było by synonimem lub ikoną tego urządzenia, tak jak na przykład: GranTurismo czy God of War dla PlayStation 3 albo seria Halo na Xbox’a. Przez te wszystkie składniowe, PSP nie zostanie zapamiętane na długo, a szkoda, bo potencjał był, tylko wykończenia zabrakło. Przejdźmy więc do meritum, zestawienie to nie jest w kolejności od najlepszej do najgorszej, wszystkie te produkcje cechują się mniej więcej tym samym poziomem.

Na pierwszy ogień God of War. Jeśli graliście w obojętnie którą z części przygód Kratosa, to wiecie z czym to się je. Krwawa, nomen omen, do bólu brutalna produkcja w której zero-jedynkowa krew lała się kilobajtami, a każda niewiasta pożądała naszego protagonisty. Gra zdecydowanie przeznaczona dla starszego odbiorcy. Oceny na poziomie 90 – 95 % mówią same za siebie i powinny być odpowiednią rekomendacją.

Killzone: Liberation. To co było dla mnie najważniejsze – rzadko spotykana na konsole przenośne PEŁNA polonizacja. Miło usłyszeć dobiegający z głośnika język ojczysty, mimo tego że nie było to dubbingowe mistrzostwo świata – to ogromny plus dla tej produkcji. Sama rozgrywka, widziana z perspektywy trzeciej osoby jest przyjemna, a strzelanie do kolejnych fal wrogów sprawia frajdę. Jednak to co było najważniejsze to tryb multiplayer za pośrednictwem Wi-Fi. Tryb ten, dawał masę przyjemności, szczególnie jeśli było się przy okazji posiadaczem mikrofonu.

Metal Gear Solid Peace Walker – według wielu najlepsza, najładniejsza, najbardziej wciągająca gra na PSP. Rozgrywka podzielona jest na misje, między którymi mamy dostęp do naszej bazy matki (Outer Heaven), gdzie możemy ją rozbudowywać, tworzyć nowe wyposażenie, budować Metal Geara, wysyłać swoich żołnierzy na dodatkowe misje, itd. Sami wybieramy, czy chcemy przejść misję po cichu, czy może jednak w stylu Rambo. Według mojego znajomego, wieloletniego fana serii, wątek fabularny można zaliczyć w 10 – 12 godzin, jednak to nie wszystko. Podkreślił również, że mimo 60 godzin na liczniku, nadal nie odblokował ponad połowy rzeczy, zdecydowanie spory plus, jeśli weźmiemy pod uwagę, że niektóre strzelanki można skończyć w jeden wieczór.

Tutaj na chwilę przerwę swoja wyliczankę i zwrócę uwagę na fakt, że nazwy tych gier słyszeliście, ale w odniesieniu do PlayStation 3, znamienne.

LocoRoco - lekko zdziwieni? Gra jest infantylna, prosta i przesłodzona na tyle, że nie jeden cukrzyk zszedłby z tego świata. Mimo to, gra sprawia masę nieskrępowanej frajdy, jest kolorowa, ma taki dziecinny klimat. Przed chwilą napisałem, że gra jest łatwa, ale tylko do przejścia. Zaliczenie jej na 100% to spory wyczyn, ponieważ niektóre znajdźki są skrzętnie poukrywane. Poza tym, produkcja ta świetnie nadaje się dla kogoś, kto ma 10 minut czasu, żeby zagrać w pociągu lub innym środku komunikacji. Na kilka chwil możemy wyrwać się z szarej, otaczającej nas, rzeczywistości i zanurzyć się w świat kolorowych, śpiewających i wciąż uśmiechniętych kulko podobnych stworów.

Dexter i Ratchet and Clank – wrzucam te dwie produkcje do jednego wora, ponieważ w gruncie rzeczy są one bardzo do siebie podobne, przyjemne przygodówki. O Dexterze mogę powiedzieć więcej, bo grałem i to z ogromną przyjemnością. Ładna grafika, ciekawe pomysły i smaczki pokroju minigierek polegających na walce z kolejnymi falami klonów, w długim, lateksowym stroju, ze sporadycznymi zwolnieniami czasu albo z toporem w ręku i twarzą w połowie umazaną na niebiesko, ubrani w szkocką spódnice, walczymy z przeciwnikami, którzy biegną w naszą stronę z dzikim gniewem w oczach, coś wam to przypomina?

Half Minute Hero – wyśmiewana na wskroś wszystkie produkcje jRPG. W 30 sekund mamy zdobyć odpowiedni poziom doświadczenia, wyposażyć się w nową broń, znaleźć towarzyszy, wykonać subquesty i finalnie wykończyć bosa. Brzmi lekko mówiąc dziwnie, ale to jest możliwe. Oczywiście, mamy więcej niż pół minuty, ale cofanie w czasie – dzięki któremu zyskujemy cenne sekundy – kosztuje i to za każdym razem coraz więcej. Jak łatwo się domyśleć, w grze znajdziemy kilkadziesiąt takich misji. Oprócz tego, dostajemy do dyspozycji dodatkowe tryby, jeden strategiczny, drugi coś ala strzelanie czołgiem. Jest to trochę hybryda, bo nie nudzi przy dłuższym posiedzeniu i daje sporo satysfakcji przy krótkiej partyjce w autobusie.

Pata pata pata pon, pata pata pata pon! To nie kod enigmy tylko rozkaz dla naszych podwładnych, aby szli naprzód. PSP ma w swojej bibliotece bardzo przyjemną grę rytmiczną o tytule “Patapon“. Sterujemy w niej poczynaniami mieszkańców wioski, którzy maszerują, walczą i zatrzymują się w rytm wystukiwany przez nasze palce. Sporo zabawy, w rozsądnej cenie

Oczywiście to nie wszystko. Jest cały ogrom gier, o których nie wspomniałem, dlatego też apeluję do was, o komentowanie i wypowiadanie się o waszej ulubionej grze na PSP.

Bez odbioru.



Zobacz również:

  1. VERSUS: PlayStation Vita
  2. Polska w grach
  3. Czy gry mogą być sztuką?
  4. Moje TOP 5 strategii
  5. Lubimy powtarzać, powtarzać, powtarzać…

PRZEKAŻ DALEJ

  • Facebook
  • Twitter
  • Myspace
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Delicious
  • Digg
  • Technorati
Autor: Poncky Wyświetl wszystkie teksty autorstwa
Felietonista, recenzent, fan wszelkiej maści gier. Począwszy od strzelanek, przez przygodówki, na wyścigach kończąc. Pierwsza konsola – nieśmiertelny Game Boy Advance, którego zdarza mu się odpalać po dzień dzisiejszy.

Zostaw odpowiedź

Przeczytaj poprzedni wpis:
uo
Przez Ultima Online nie zagram już w żadne MMO…

Tytuł może sugerować, że przez Ultimę tak bardzo zraziłem się do masowych gier wieloosobowych, że już nigdy w nie nie...

Zamknij